Bailar Cantando - Fiesta mestiza en el Peru, Codex Trujillo 1788

Utworzona 20 lat temu przez katalońskiego muzyka Jordiego Savalla wytwórnia Alia Vox (...) (...)

Utworzona 20 lat temu przez katalońskiego muzyka Jordiego Savalla wytwórnia Alia Vox (...) pisze Marek Dusza w AUDIO (...) ma w katalogu już 70 pozycji, z czego większość to wydawnictwa w wersji Super Audio CD. Ten niestrudzony eksplorator światowego repertuaru sięga po zapomniane nuty układając programy prezentowane na najlepszych festiwalach. Co najważniejsze, koncertowe nagrania od razu trafiają na pięknie wydawane albumy z grubymi książeczkami w kilku językach. Tej muzyki zawsze słucha się z zainteresowaniem, zgłębiając przy okazji eseje na temat historycznego kontekstu dzieła. Nie inaczej jest w przypadku albumu „Tańcząc i śpiewając: święto Mestiza w Peru”. Savall opracował muzykę z Codex Trujillo del Perú z końca XVIII wieku, zawierającą tradycyjne tańce: tonadas, cachuas, tonadillas, bayles, cachuytas i lanchas – tak lubiane przez przybyszów do Nowego Świata. Jordi Savall poprowadził swój zespół Hesperion XXI, a także zaprosił do wykonania grupy wokalno- -instrumentalne: La Capella Reial de Catalunya i Tembembe Ensamble Continuo. Dwadzieścia utworów towarzyszyło świątecznym zabawom, jakie 200 lat temu organizowano w Peru. We współczesnej interpretacji odżywają, by znowu zachęcać do wspólnej zabawy. To niezwykle radosny, rozśpiewany i roztańczony album. Każdemu poprawi nastrój.

Andrzej Keler

16-10-2018

Paganini: Sonatas for violin and guitar

Na swój dziesiąty album dla wytwórni Glossa (...) pisze Marek Dusza w AUDIO (...)

Na swój dziesiąty album dla wytwórni Glossa (...) pisze Marek Dusza w AUDIO nr 10/2018 (..) włoski skrzypek Fabio Biondi wybrał sonaty najwybitniejszego wirtuoza tego instrumentu – Niccolo Paganiniego. Do wykonania tych wymagających kameralnych utworów zaprosił długoletniego kompana z zespołu Europa Galante – Giangiacomo Pinardiego. Pinardi gra tu na gitarze romantycznej z epoki (ok. 1825 r.), która charakteryzuje się ciepłym, subtelnym brzmieniem i stanowi znakomite tło dla dynamicznych, rozedrganych skrzypiec Biondiego. Okładka albumu sugeruje dwoistość natury kompozytora, którego posądzano o pakt z diabłem albo wręcz przeciwnie, o anielski dar gry na niesłyszanym dotąd poziomie wirtuozerii. Te dzieła nie znajdowały wielu wykonawców za życia Paganiniego, a i dziś stanowią nie lada wyzwanie. Fabio Biondi gra je z taką lekkością i pasją, jakby zostały napisane specjalnie dla niego. Pięć dwuczęściowych sonat pochodzi ze zbioru „Centone di sonate” powstałych po 1828 r., a jedna ze zbioru Sześciu sonat op. 3 z 1805 r. Sonata koncertująca A- -dur jest trzyczęściowa i prezentuje pełne spektrum dramatyzmu tak charakterystycznego dla włoskiego mistrza. Zachwycające brzmienie skrzypiec Gaglianiego z 1767 r. dopełnia rozkoszy słuchania tej znakomicie nagranej płyty.

Andrzej Keler

16-10-2018

Gabrieli for Brass

Od czasu do czasu na fonograficzny rynek trafia album (...) pisze Piotr Iwicki (...)

Od czasu do czasu na fonograficzny rynek trafia album (...) pisze Piotr Iwicki w "Niedzieli" nr. 34/2018, który w dniu premiery wchodzi na wyżyny interpretacji, zarówno wirtuozerią, jak i ujęciem stricte artystycznym. Kiedy serca melomanów podbijały takie zespoły jak Canadian Brass czy Philip Jones Brass Ensemble, kiedy granicząca z kosmiczną biegłością we władaniu instrumentami dętymi blaszanymi moda objęła Europę Zachodnią, powoli docierając do Polski, muzyka klasyczna w interpretacjach na trąbkach, puzonach, waltorniach i tubach wszelkiej maści ukazywała piękno transkrypcji, ot, adaptacji klasyki na język innych instrumentów niż te, na które dzieła powstawały zgodnie z zamysłem kompozytorów. Cieszy to, że biegłość gry na instrumentach jest tak powszechna, że to, co trzy dekady temu nas szokowało, stanowiąc nieosiągalny Mount Everest wirtuozerii, teraz powszechnieje. Bariera między Europą a Stanami Zjednoczonymi zatarła się. Co więcej, dochodzi do połączenia sił, które ponownie wyznacza na mapie instrumentalnej wirtuozerii i interpretacyjnego olimpu nową jakość. Pojawia się coś, do czego przez kolejne lata będą równać koledzy po fachu, ot, adepci sztuki muzycznej. Przez to do rąk melomanów dociera taki album jak ten. Jestem pewien, że gdybym był trębaczem, miałbym przed sobą kilka nieprzespanych nocy z nurtującym mnie pytaniem: Jak oni to robią? Krążek „Gabrieli for brass – Venetian Extravaganza” to połączenie sił najwybitniejszych akademików dęciaków londyńskiej Royal Academy of Music i legendarnej nowojorskiej Juilliard School Brass i ich zespołu instrumentów dętych – blaszanych. To z nich trębacz i dyrygent Reinhold Friedrich stworzył wirtuozowską supergrupę, która idealnie pasuje do wspaniałej antyfonicznej muzyki Giovanniego Gabrielego. O jakości tej płyty decydują nie tylko unikalny warsztat instrumentalistów i wizja ich szefa, ale również nieprzeciętne walory akustyczne miejsca, w którym dokonano rejestracji. Album nagrano w kościele Saint Jude-on-the-Hill, Hampstead Garden Suburb, którego sklepiony sufit i ceglano-marmurowa podłoga tworzą fantastyczną akustykę, głębią i rozmiarem przypominającą przestronne bizantyjskie wnętrze katedry San Marco, gdzie Gabrieli pełnił funkcję maestro di cappella. Ta muzyka porywa od pierwszych taktów. Sonaty i canzoni Gabrielego oraz miniatury Pietro Lappiego, Girolamo Frescobaldiego, Tiburtio Massaina, Lodovico Viadany, Giovanniego Battisty Bubioréego i Cesario Gussaga poruszają nas i zabierają do bezgranicznej krainy piękna zapisanego w nutach i dźwiękach. O płytach takich jak ta mówi się, że jakościowo są audiofilskie. Zaręczam, również pod względem technicznym mamy tutaj do czynienia z płytą doskonałą. Reasumując, płyta określająca miejsce, w którym obecnie znajduje się wirtuozeria gry na instrumentach dętych – blaszanych. Ale również krążek, który może wywołać dyskusje, czy w czasach wykonawstwa historycznie poinformowanego na instrumentach dawnych nagrywanie albumów w pewien sposób anachronicznych, ot, zagranych na doskonałych instrumentach współczesnych, ma sens? I z tym pytaniem pozostawiam Czytelników „Niedzieli”, ot, de gustibus...

Andrzej Keler

30-08-2018

Jerusalem - The city of pilgrimage for Jews, Christians and Muslims

Jerozolima, choć bezspornie pierwsze skojarzenie zawsze podążą ku określeniu geograficznemu (...) pisze Piotr (...)

Jerozolima, choć bezspornie pierwsze skojarzenie zawsze podążą ku określeniu geograficznemu (...) pisze Piotr Iwicki w "Niedzieli" nr. 31/2018 (...) miastu, które dla nas Katolików nierozerwalnie wpisane jest w dogmat śmierci i zmartwychwstania Pana, czyniąc zeń miejsce w którym wszystko się wypełniło, śmiało może aspirować również do synonimu równowagi, pokoju, międzywyznaniowego dialogu. Czy można to ukazać dźwiękiem? Pieśnią, melodią, tańcem? Okazuje się, że tak. Uniwersalność języka muzyki zdaje się przekraczać wszelkie granice płynnie i pięknie. Poprzez sztukę, mieszaninę muzyki różnych kręgów kulturowych czyni to Pera Ensemble. To działający w Stambule zespół, na czele którego stoi Mehmet Cemal Yesilçay, melomani znają go również z zespołu Saraband oraz współpracy z Jordi Savallem i Concerto Köln, jest bowiem wybornym lutnistą specem od gry na oud. Za jego sprawą dostajemy muzyke, która już zachwyca krytyków swoją wyrafinowaną złożonością smaków i zapachów, a swoboda w eksplorowaniu i łączeniu w jedność muzyki pozornie odległej stylistycznie i kulturowo, przysparza artyście i jego kompanom licznych fanów. Zespół zaczerpnął nazwę od dzielnicy Istambułu, która jest tyglem kultur i religii od ponad dwóch tysiącleci. Ta różnorodność znajduje również odzwierciedlenie w artystycznej wizji grupy, w której znani specjaliści od muzyki dawnej współgrają z mistrzami muzyki bliskowschodniej. Pieśni palestyńskie podają sobie na płycie rękę z przejmującym „Stabat Mater” (Giovanni Felice Sances 1600-1679), by za chwile wejść w wersy Koranu (Surah As-Saff 61:13), na których swoją kompozycję oparł anonimowy twórca przed wiekami, a tu płynnie przechodzi ona w „Neva Çeng-i Harbi”. Jeden skok i jesteśmy w tanecznej galiardzie Salomona Rossi (1570-1630) aby za chwilę dotknąć klasyki, czyli „Dirindin” z „Il Sant’Alessio” żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku Stefano Landiego. Jak mówi lider projektu, Mehmet Cemal Yesilçay, choć Jerozolima to również miasto sporów, często krwawych, to tym co łączyło i łączy tam ludzi, była i jest: kuchnia i muzyka. W ten sposób buduje most z średniowiecznej muzyki Hiszpanii, muzyka barokowej, muzyki sefardyjskiej (piękne „Adon Haslihot” na otwarcie) i oczywiście muzyki wschodu.. Na szczególna uwagę zasługują dwie pieśni Alfonsa X Mądrego (1221-1284), króla, który może nie był najlepszym władcą-politykiem, ale za to słynął z tolerancji oraz tego, że pięknie przelewał swoją wrażliwość i ofiarowanie Maryi na nuty (450 pieśni zawartych w czterech zbiorach rękopisów „Cantigas de Santa Maria”). Tu dostajemy „Des oge mais” oraz „Por nos de dulta tirar”. Dla mnie prawdziwą perłą jest na krążku „Ahi! Come quella” Antonio Caldary (1670-1736) z oratorium „Sedecjasz”. A skoro o mieście, celu krucjat tu mowa, nie mogło zabraknąć fragmentu opery „Rinaldo” Jerzego Fryderyka Haendla („Scherzano”) a cały krążek zamyka „Halleluya avdei Adonai” anonimowego kompozytora. Reasumując, piękny album wciągający swoim klimatem, zaś artyzmem mogący uzurpować sobie prawo do miana jednej z najlepszych płyt tego roku.

Andrzej Keler

28-08-2018

Monteverdi: Vespro della Beata Vergine

Tak jakoś się dzieje, że czegokolwiek dotknie się wybitny dyrygent Philippe Herreweghe (...) (...)

Tak jakoś się dzieje, że czegokolwiek dotknie się wybitny dyrygent Philippe Herreweghe (...) pisze Piotr Iwicki w "Niedzieli" nr. 24/2018 (...) , a wykonawczo stoi za tym słynne Collegium Vocale Gent i u ich boku stają znakomici soliści, to to „coś” zaraz po rejestracji i premierze szybko staje się płytową gwiazdą na firmamencie światowej fonografii. Nic dziwnego – jeśli szukamy mistrzów w gronie artystów specjalizujących się w czymś, co nazywa się wykonawstwem historycznie poinformowanym, czyli odwołującym się do tradycji i całej wiedzy o interpretacji dzieł w zgodzie z nakazami czasów, w których powstawały, to w gronie tych najwybitniejszych zawsze znajdziemy maestro Philippe i jego zespół z Gandawy. Herreweghe działa w swoim rodzinnym mieście. Tam studiował grę na fortepianie w miejscowym konserwatorium, a następnie zgłębiał – co brzmi dosyć intrygująco w kontekście tego, czym zajmuje się aktualnie – medycynę w tym psychiatrię. Jeszcze jako student założył zespół Collegium Vocale Gent, a także zwrócił na siebie uwagę Nikolausa Harnoncourta i Gustava Leonhardta, którzy następnie zaprosili go do udziału w nagraniu kompletu kantat Jana Sebastiana Bacha. To szybko zaprocentowało licznymi działaniami artystycznymi w obrębie muzyki z różnych epok i zostało utrwalone na blisko 70 płytach. Na ich potrzeby Herreveghe stworzył kilka zespołów w zróżnicowanych składach, korespondujących z muzyką, którą wykonywał. Dzięki temu zaistniały: Ensemble Vocal Européen, Collegium Vocale Gent (muzyka Jana Sebastiana Bacha i kompozytorów wcześniejszych), La Chapelle Royale (francuska muzyka barokowa) oraz Orchestre des Champs Elysées (muzyka klasyczna i romantyczna). Wydany właśnie przez wytwórnię Phi/Outhere Music album to dzieło absolutne. Kompetentne i wchodzące w głębię piękna fraz Claudia Monteverdiego wykonanie „Vespro della Beata Vergine” („Nieszpory Maryi Panny”) to uczta nie tylko dla melomanów ale i dla tych, którzy od muzyki, a w szczególności muzycznego sacrum, oczekują piękna bez wchodzenia w zawiłości interpretacyjne czy formalne. A warto pamiętać, że „Vespro” to pierwsze monumentalne dzieło sakralne Monteverdiego, łączące efektowne, barwne i pełne splendoru dźwiękowego psalmy i Magnificat z głęboko intymnymi, pełnymi żaru emocjonalnego, zmysłowymi solowymi concerti. Wielu odnajduje w nim elementy teatralności, jednak Herreweghe postawił na precyzję w ukazaniu doskonałości tego owocu muzyki baroku. Wśród solistów odnajdujemy m.in.: Dorothee Mields (sopran), Barborę Kabátkovą (sopran), Samuela Bodena (tenor), Wolfa Matthiasa Friedricha (bas), Petera Kooij (bas) i Williama Knighta (tenor), czyli tych samych solistów, którzy przed rokiem wykonali „Nieszpory” w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa” w Warszawie (Filharmonia Narodowa). Wówczas artyści przyjechali do nas prosto z kościoła pw. św. Franciszka w Asciano (Włochy), gdzie rejestrowali ten album. Przez to płyta staje się też swoistą pamiątką tego szczególnego czasu i szczególnego wykonania. Zaręczam, mamy do czynienia z albumem (dwupłytowym), który już wchodzi spektakularnie w annały i będzie traktowany jako klasyk przez dekady. Z całego serca polecam.

Andrzej Keler

28-08-2018

Haydn: Die Schöpfung - Stworzenie świata, edycja limitowana z DVD (2 CD)

Jak zwykle recenzja Pana Hryniewicza to strzał w "10-tkę". Nic dodać, nic ująć(...)

Jak zwykle recenzja Pana Hryniewicza to strzał w "10-tkę". Nic dodać, nic ująć

Bogdan Malicki

19-05-2018

Bach: Toccaten & Passacaglia

O tym, że muzyka Jana Sebastiana Bacha jest jak drogowskaz,(...) pisze Piotr (...)

O tym, że muzyka Jana Sebastiana Bacha jest jak drogowskaz,(...) pisze Piotr Iwicki w "Niedzieli: nr.11/2018, że odnajdziemy w niej odpowiedzi na liczne pytania, wiedzą zarówno teoretycy jaki melomani. Pierwsi szukają w niej i odnajdują niemal matematycznej logiki, systematyki godnej najbardziej zawiłych równań i układów, gdy drudzy czerpią z tego oceanu piękna to, co dotyka najdelikatniejszych strun wrażliwości. Jeden z moich mentorów młodości, bydgoski nauczyciel Marian Gordiejuk (1954-2005), wybitny teoretyk i kompozytor, powiedział mi kiedyś, że jeśli szukasz rozwiązania jakiegoś zawiłego połączenia harmonicznego, progresji czy modulacji, na pewno znajdziesz to u Bacha. Od tego czasu obcując z muzyką Lipskiego Kantora czynię to niejako w dwóch płaszczyznach. Pierwsza, to spontaniczne odbieranie dzieła, emocjonalne i czyste od wnikliwej analizy. Nieskalane muzycznym logos. Ale (chyba, niestety), w miarę upływu czasu, włącza się we mnie Mr Hyde i zaczynam „widzieć” tę muzykę jak piękne, graniczące z absolutną doskonałością równanie zapisane kredą na czarnej tablicy. I nie dziwi mnie zdanie, które usłyszałem od Grzegorza Turnaua, że kiedy pogubi się muzycznie, sięga do Bacha. Bo tam jest prawda. A ja śmiało uzupełniam to twierdzenie, że jest w tej muzyce Bóg. Stąd z tym większą radością włączyłem nowy album znakomitego wirtuoza organów, Bernard Foccroulle. Ten 65-letni Belg, znawca muzyki Bacha i jego Mistrzów: Buxtehude i Reinkena, ma na koncie ponad 40 albumów, w tym kompletne nagranie wszystkich dzieł organowych Dietrich Buxtehude, zwieńczone prestiżową nagrodą Diapason d’Or. Wirtuoz tym razem opublikował krążek z utworami, które śmiało można nazwać – przepraszam za kolokwializm - organowymi przebojami w bachowskiej spuściźnie. Już pierwsze nuty przenoszą nas do świata dźwięków, znanych chyba nawet tym, którzy od klasycznej muzyki stronią. Słynny ozdobnik rozpoczynający Toccatę d-moll, tę która zwiastuje nie mniej znaną Fugę (BWV 565), jest rozpoznawalny jak pierwsze 8 nut V symfonii Ludwiga van Beethovena. U Bacha tych nut jest 9, 7 a potem znowu 9 i demoniczny akord zmniejszony podążający od cis z fundamentalny D w basie. Dźwiękowy kosmos? Ponadczasowe piękno? Tak. Owoc ludzkiego geniuszu, chrześcijańskiej kultury Europy wpisany w dziedzictwo jak kanon literatury, malarstwa, rzeźby czy zdobycze nauk wszelkich. Bernard Foccroulle nagrał płytę na znakomitych organach mistrza Arpa Schnittgera (1648-1719) znajdujących się w świątyniach w Groningen i Norden (Toccata i Fuga d-moll, BWV 565; Toccata, adagio i Fuga C-dur, BWV 564; Fantazja i Fuga g-moll, BWV 542; Toccata i Fuga F-dur BWV 540 oraz Toccata i Fuga d-moll “Dorycka”, BWV 538). Płytę zamyka fenomenalna Passacaglia c-moll (BWV 582), nagrana na monumentalnych organach Thomasa Schotta w klasztorze Benedyktynów w szwajcarskim Muri. Budowany w latach 1619-1630 posiadający 34 registry instrument, w pełni oddał tajemniczość opartego na 16 głównych nutach dzieła. O ile Foccroulle w wcześniejszych kompozycjach błyszczy wirtuozerią w sensie biegłości, o tyle tutaj zachwyca powściągliwością. Wspaniale registruje instrument, przez co zachwyca czytelnością frazy. Jest dynamicznie ale nigdy zbyt głośno. Dla nas to również wspaniała wieść, bowiem płyta jest częścią zbioru, którym artysta pokaże cała organową spuściznę Bacha. I ma rację nieodżałowany Witold Lutosławski, twierdząc: „Gdyby jakimś przewrotnym cudem odjęto nam to, co zbudowała w nas twórczość największego z geniuszów muzycznych ludzkości, nie moglibyśmy w tym spustoszeniu poznać samych siebie”. A ja przywołam jeszcze jedną ciekawostkę. Bach swoje dzieła często dopełniał małą inskrypcją: A.M.D.G. (Ad majorem Dei Gloriam) co oznacza wprost: „Dla większej chwały Bożej”.

Andrzej Keler

22-03-2018

From Baroque to Fado

Kiedy karnawałowe szaleństwo w pełni, (...) pisze Piotr Iwicki Gazeta Polska Codziennie 15/01/2018, (...)

Kiedy karnawałowe szaleństwo w pełni, (...) pisze Piotr Iwicki Gazeta Polska Codziennie 15/01/2018, czasami warto znaleźć odrobinę czasu na muzyczne wyciszenie. Na frazy, które zmuszają do skupienia bo nie potrafią być obok nas. A wszystko to ku uciesze ducha. Fenomen popularności muzyki fado w Polsce, jest niewytłumaczalny. No chyba, że takim jest bardzo głębokie, romantyczne podejście do muzyki, tęsknota wyciskająca piętno na każdej nucie. Ot, to wszystko, co w wypadku Polaków każe mówić o romantycznych duszach, wyższości uczucia nad racjonalnym osądem sytuacji, porywem serca, którego nie sposób zakuć w okowy. Fado, to mieszanina europejskiej kultury z tym wszystkim, co brylowało w portowych zamtuzach portowych miast w portugalskich koloniach. Nic dziwnego, że jest w tej muzyce miejsce dla Boga, Matki Boskiej, miłości, zdrady i tęsknoty. Jest senność dogorywających knajpek ale wzniosłość oddania Maryi, jako tej, która poprowadzi statek przez mgły i sztormy do bezpiecznego portu. Wydany przez Naxos album „From Baroque to Fado” z stosownym podtytułem „A Journey Through Portuguese Music” („Od Baroku do fado, podróż poprzez muzykę Portugalii”) to kompendium wiedzy o tym, jak fado czerpało z muzycznej tradycji Sacrum („Cantigas de Santa Maria No 23 Come Déus fez vinno d’agua ant’Arqutercrinno” – Anonim z XIII wieku), jak muzykę zachodniej Iberii anektował do muzycznej klasyki Francisco Antonio de Almeida czy dzisiejsi kompozytorzy, bazujący na tradycji wynikającym z pieśni średniowiecznych trubadurów (Rao Kyao, Ferando Farinha, Alain Oulman, Carlos Gonçalves i wielu innych). Na czele wykonawców stoją tacy giganci jak Ana Quintanas i Ricardo Ribeiro a wszystko odbywa się w niepowtarzalnej oprawie orkiestry Os Músicos do Tejo grającej na instrumentach dawnych i wielu innych artystów osadzonych w tym kręgu kulturowym. Piękne to granie i śpiewanie!

Andrzej Keler

13-03-2018

Bartok: Concerto for Orchestra; Piano Concerto no. 3

Byli kompozytorzy, którzy ukochali totalne traktowani orkiestry (...) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie (...)

Byli kompozytorzy, którzy ukochali totalne traktowani orkiestry (...) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018 (...) Aby dać możliwość zaistnienia wirtuozowskiego wszystkim instrumentalistom wpadli na pomysł komponowania koncertów na orkiestrę. Oczywiście, można by tutaj wiele pisać o Witoldzie Lutosławskim, którego Koncert na orkiestrę jest jednym z przebojów polskiej muzyki XX-wiecznej (sam Mistrz był ostatecznie z niego niezadowolony) jednak kiedy sięga się po dzieło Polaka, nie sposób wspomnieć o ikonicznym Koncercie na orkiestrę Bèli Bartòka. Właśnie ukazała się nowa interpretacja w wykonaniu Filharmoników Monachijskich pod dyrekcją Pablo Herasa – Casado. Krążek co prawda otwiera efektowna interpretacja III koncertu fortepianowego (w partii solowej Javier Perianes), pełna ognia, wspaniałego dialogu fortepian- orkiestra, a co najważniejsza, dostarczająca nam do posłuchania dzieło, nieczęsto goszczące na koncertowych afisza. A szkoda, bo słucha się go z wielką radością. Ale, cóż, skoro i tutaj daniem głównym jest wspomniany koncert dedykowany orkiestrze. To co najbardziej uderza w interpretacji Monachijczyków, to kontrasty dynamiczne, soczyste brzmienie nawet w pianissimo i niezwykła precyzja. Co tu ukrywać, właśnie na tym polega urok koncertów na orkiestrę symfoniczną, że każdy instrument ma tu swoje przysłowiowe pięć minut, choć czasami jest to de facto kilak nut. Jednak u Bartòka mamy do czynienia z genialnie utkana koronką, wystarczy, że któryś ze splotów poluzowałby się, to całość nie miałaby sensu. Czy to brawurowe popisy drewna, z interwencjami blachy, słynna dysonansowa „gra par” w II części poprzedzona jednym z nielicznych sol werbla egzystujących w klasycznej literaturze symfonicznej. I przyznam, że ten właśnie fragment płyty, rewelacyjną grę instrumentów dętych śmiało można uznać za przysłowiową wisienkę na torcie artyzmu całego albumu. Chorału blachy wręcz trzeba posłuchać. No i ta przebijając tu i ówdzie taneczność, odwołanie do folkloru naszych Braci Węgrów. No i ten brawurowy finał! Oj, jak to wszystko wciąga słuchacza!

Andrzej Keler

12-03-2018

Shostakovich: Symphony No. 6; Sinfonietta

Ilekroć pojawia się jakaś nowa płyta z muzyką Dmitrija Szostakowicza,(...) pisze Piotr (...)

Ilekroć pojawia się jakaś nowa płyta z muzyką Dmitrija Szostakowicza,(...) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018, zakochani w dziele tego muzycznego nonkonformisty melomani, z wypiekami na twarzy czekają na moment, kiedy krążek wyląduje w szufladce odtwarzacza. Złożoność i artystyczne wymogi, które stawia ta muzyka przed wykonawcami sprawiają, że na rynek nie trafiają przeciętne interpretacje. Tym razem bicie naszych serc przyspieszają Paavo Järvi i Estonian Festival Orchestra. To jak grają genialną VI symfonię, oraz zaaranżowaną na smyczki i kotły Sinfoniettę c-moll w aranżacji Abrama Stasevicha (w oryginale na kwartet smyczkowy), nie pozwala oderwać się od głośników (a warto słuchać głośno!). Järvi zadbał o precyzję wykonawczą, dynamiczne niuanse zaś jakość wydanej przez wytwórnię Alpha płyt śmiało może predysponować album do roli płyty testowej (nic dziwnego, że można go kupić również w formie ściąganych komputerowo bezstratnych plików FLAC). To brzmi chwilami (jak choćby finał symfonii) iście demonicznie. Cóż, Szostakowicz wiedział jak pisać na orkiestrę.

Andrzej Keler

12-03-2018

Kodály: Concerto for Orchestra

Kodály, moje odkrycie (..) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018 . Nawet Państwo nie (...)

Kodály, moje odkrycie (..) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018 . Nawet Państwo nie zdajecie sobie sprawy, jak wielka radość sprawiłem sobie słuchając płyty z kompozycjami kolejnego giganta węgierskiej kompozycji, Zoltana Kodálya. A sprawa jest prosta. Dotąd nie miałem pojęcia o jego spuściźnie symfonicznej. Można więc śmiało mówić o pewnej inicjacji. O czymś na miarę małego, prywatnego odkrycia nowego lądu, czy źródła Amazonki. Jak widać, nawet po przesłuchaniu tysięcy płyt, zagraniu niezliczonej liczby koncertów symfonicznych, coś może zdarzyć się pierwszy raz. I to w muzyce, sztuce jest piękne. Tym bardziej, że muzyka symfoniczna Kodálya jest genialna. W odwołaniu do węgierskiego folkloru jest on jeszcze bardziej dosłowny niż Bartòk. Nic dziwnego. Muzyka ta jest przesycona tanecznością. Album otwierają „Tańce z Galanty” pełne tak licznych motywów, że śmiało można by nimi obdzielić kilka symfonii. Romantyzm tej muzyki, zwyczajnie chwyta za serce a piękna instrumentacja nie stroniąca od bogactwa instrumentów perkusyjnych budzi nasz szacunek dla wielkiej wiedzy orkiestracyjnej Węgra. Po tańcach dostajemy blisko dwudziestominutowy Koncert na orkiestrę z 1940 roku. Tak, tak, znowu koncert dedykowany symfonicznej orkiestrze, w swym założeniu bliski idei Bartòka. Jednak u Kodálya zdecydowanie bardziej skondensowany, w pewien sposób płynniejszy, choć oczywiście wyraźnie podzielony na kolejne części, to jednak formalnie jednoczęściowy. Kompozytor prowadzi nas płynnie od tematu do tematu, zabierając w dźwiękową podróż gdzieś ku rozlewiskom Dunaju, bezmiarowi puszty z jej wijącą się Cisą. To neoromantyczne muzykowanie, jednak odwołujące się wprost do harmonii traktowanej na miarę połowy XX wieku. Krążek dopełniają „Wariacje na temat węgierskiej pieśni ludowej Felszallott a páva” (pava to po polsku paw, prawda, że podobnie?) oraz „Marosszèki táncok” czyli muzyka odwołująca wprost do czardasza. O tym, że to niejednokrotnie feria rytmu dodaję z dziennikarskiego obowiązku. Ciekawostką albumu jest to, że został nagrany przez Buffalo Philharmonic Orchestrę, amerykański zespół, który przebojem wywalczył sobie w ostatnich latach miejsce w elicie tamtejszych orkiestr. Dyryguje JoAnn Faletta, 63-letnia artystka mająca na koncie nominacje do Grammy. To, że zabawa rytmem i taneczną frazą, są jej środowiskiem naturalnym, najlepiej świadczy fakt, że ma na koncie rewelacyjne nagranie kompozycji mistrza jazzu, Duke’a Ellingtona. I tę taneczną lekkość węgierskich fraz, Amerykanka potrafiła tutaj ukazać. Brawo! Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018

Andrzej Keler

12-03-2018

Shostakovich: Violin Sonata; 24 Preludes (arr. violin and piano)

Na innym biegunie leży album z kameralistyką Szostakowicza .(..) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska (...)

Na innym biegunie leży album z kameralistyką Szostakowicza .(..) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018. Ile to już popełniono transkrypcji jego XXIV preludii fortepianowych? O tym, że są one wspaniałą kanwą do instrumentowania, choćby na orkiestrę smyczkową, wiemy od lat. Jednak pierwszy raz trafia w nasze ręce tak wspaniała, kompletna wersja na skrzypce z towarzyszeniem fortepianu. Kiedy sam Szostakowicz usłyszał przełożenie jego dzieła na język skrzypiec i fortepianu, potraktowanych równorzędnie i wirtuozowsko przez Dmitrija Tsyganova, miał ponoć stwierdzić, że zapomniał, o pierwotnym przeznaczeni tych miniatur na fortepian solo. Naturalność z jaką wpisały się w duet, była dlań zdumiewająca ale i zaskakująca w sposób miły. W 2000 roku brakujące części zinstrumentowała Lera Auerbach, czyli dzisiaj 44 letnia pianistka i kompozytorka Walerija Lwowna Auerbach z Czelabińska. I trzeba przyznać, że Ukrainka uczyniło to w sposób, który nie daje nam możliwości dostrzeżenia „szwów” między tym co Tsyganova a jej. Na albumie znalazła się również Sonata na skrzypce i fortepian z op. 134blisko 40 minut wiolinistyczno-fortepianowej sztuki najwyższych lotów. Sergei Dogadin (skprzyce) i Nikolai Tokarev (fortepian) każdą nutą ukazują geniusz tej muzyki i to coś, co od dekad zdumiewa mnie osobiście. Otóż, Dmitrij Szostakowicz, bez względu na jaki skład pisał, soczystość i głębia kompozycji i brzmienia czyniły je symfoniami. Ot, geniusz. Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018

Andrzej Keler

12-03-2018

Caldara: Il più bel nome, opera

wyborne wykonanie, wyporna realizacja nagrania, piękne wydana edytorsko(...)

wyborne wykonanie, wyporna realizacja nagrania, piękne wydana edytorsko

Bogdan Malicki

13-12-2017

Bach: Sonatas & Partitas BWV 1001 - 1006

Nieuczony ja w muzyce i nie umiem powiedzieć muzycznymi terminami o tej płycie. Natomiast (...)

Nieuczony ja w muzyce i nie umiem powiedzieć muzycznymi terminami o tej płycie. Natomiast czuję, że Amandine (cóż za imię, i powiedzcie mi, że nasze imiona nic nie znaczą dla naszych dalszych losów!) Beyre ma naprawdę "Purpurowe skrzypce". Dźwięk tego instrumentu i niemal metafizyczna tęsknota by usłyszeć go raz jeszcze, wydają mi się niepokojąco podszyte udziałem ciemnych mocy.

Joanna Fliska

20-12-2011

Poulenc: Concerto pour deux pianos et orchestre, Concert Champêtre, Suite Française

HIPowe nagranie Poulenca? A właściwie czemu nie...? Skoro Maurice Ravel w swoich dziełach zalecał (...)

HIPowe nagranie Poulenca? A właściwie czemu nie...? Skoro Maurice Ravel w swoich dziełach zalecał użycie XIX-wiecznych instrumentów dętych. Mamy zatem dość ekstrawagancką produkcję, bardzo nietypową dla Anima Eterna. Co na tej płycie jeszcze jest dawnego? Dwa fortepiany Erarda w koncercie podwójnym. Inspiracje XVI-wieczne muzyką Claude\'a Gervaise\'a w Suicie Francuskiej oraz kopię XVIII- wiecznego francuskiego klawesynu w Concert Champetre. Komuś, kto dopiero zaczyna swoje spotkanie z Poulenckiem raczej bym to "zimne" nagranie odradzał. Ale cóż mu zaproponować wzamian? W latach 60-tych i 70-tych płyty z muzyką tego kompozytora były tak powszechnie dostępne w sprzedaży jak albumy ze Strawińskim. A teraz? Owszem, utwory Stawińskiego na CD kupimy bez trudu, ale order z kartofla temu, kto za pierwszym podejściem, (zwłaszcza na naszym chaotycznym rynku płytowym) znajdzie album z muzyką Poulencka. Zatem proponuję opcję "kupuj: : obowiązkową dla zbieraczy płyt Anima Eterna i fakultatywną dla wspomnianego wyżej poszukiwacza przygód.

Jan Hryniewicz

14-07-2011

Févin: Requiem d’Anne de Bretagne

Nowy album Doulce Memoire to arcydzieło wykonawstwa muzyki renesansowej. Zespół kazał nam na tę (...)

Nowy album Doulce Memoire to arcydzieło wykonawstwa muzyki renesansowej. Zespół kazał nam na tę wspaniałą płytę czekać ponad 10 lat od swojego poprzedniego arcydzieła: próby rekonstrukcji ceremonii zaślubin Henryka IV i Marii Medycejskiej (wytwórnia Naive, płyta praktycznie niedostepna). W międzyczasie artyści nagrali kilka albumów, lecz dopiero ten zbliżył się do poziomu wymienionego wyżej dawnego nagrania. Obecna płyta prezentuje finał 40-dniowych uroczystości żałobnych związanych ze śmiercią i pochówkiem Anny Bretońskiej (25 stycznia 1477, Nantes - 9 stycznia 1514, Château de Blois) - ostatniej księżnej Bretanii i dwukrotnej królowej Francji. Te faraońskie obrzędy żałobne, frapująco opisane w załączonej do CD książeczce, stały się inspiracją dla organizatorów królewskich pochówków we Francji aż do XVIII wieku. Finałem tego obrzędu były uroczystości w bazylice Saint-Denis, gdzie uświetniała je muzyka... no właśnie... jaka? Źródła szczegółowo opisują przebieg pochówku (są nawet stosowne ilustracje), lecz niczego pewnego nie mówią o jego muzycznej stronie. Wybór padł na Antoine de Févina (ca. 1470 – 1511/1512), ulubionego kompozytora Ludwika XII - drugiego męża Anny Bretońskiej. Jego Requiem stanowi trzon nagrania. Ta msza żałobna jest pięknym przykładem renesansowej polifonii. Jej mistyczne, perfekcyjne wykonanie to nie tylko przykład rzadko obecnie spotykanej kompetencji wykonawczej, lecz również zamierzony przez artystów hołd oddany Annie - ostaniej księżnej niezależnej Bretanii, pamiętanej i czczonej w swoim księstwie do dziś przez potomków dawnych poddanych. Ich głos słychać w śpiewanym przez zaproszonego do sesji nagraniowej artystę* gwerzu: lamencie żałobnym w języku bretońskim, potęgującym mistyczny klimat nagrania. Anna posiadała szkatułkę pełną kamieni szlachetnych i półszlachetnych. Miała zwyczaj darować jeden z nich każdemu jej gościowi. Ta płyta to najszlachetniejszy diament prosto z nieba. * Yann-Fanch Kemener

Jan Hryniewicz

16-06-2011

MOZART: Concertos Nos. 9 "Jeune homme", 12 & 14

zgadzam sie z Panem Jankiem. Nic dodać, nic ująć!(...)

zgadzam sie z Panem Jankiem. Nic dodać, nic ująć!

Bogdan Malicki

06-05-2011

Mozart: Requiem

Arcydzieło Mozarta doczekało się kolejnego arcyznakomitego nagrania. Mniej dotychczas znana orkiestra i chór z (...)

Arcydzieło Mozarta doczekało się kolejnego arcyznakomitego nagrania. Mniej dotychczas znana orkiestra i chór z Nowosybirska uderzą świeżością wykonania. Z atutów płyty wymienię dwa najważniejsze. Pierwszy to udane połączenie kameralnego, wewnętrznie poetyckiego brzmienia solistów: S.Kermes, S.Houtzeel, M.Brutcher, A.Richard z zewnętrzną, niezwykle silną formą chóru Opery Nowosybirskiej. Jeśli dodamy do tego pomniejszony skład świetnej orkiestry to całośc zabrzmiała doskonale. Tam gdzie ma być zaduma i nastrój jest właśnie ten żądany stan, a tam gdzie transcendentnie wkraczamy w przestrzeń życia wiecznego i Boga to całość brzmi mocno i w pełni. Drugi atut to jakość nagrania. Idealne! Ale to zasługa sprawdzonego wielokrotnie studia Hugues Deschaux, w którym nagrywali świetnie artyści spod znaku wytwórni Alpha, m. in. Le Poème Harmonique, Café Zimmermann. Myślę, że bez doświadczenia inżyniera dźwięku, to co pisałem wyżej o artyzmie i świeżości wykonawców, nie miałoby miejsca. Gorąco polecam !!!!!

Leszek Koźmiński

10-04-2011

Shostakovich: Symphony No. 10

Kariera Wasyla Petrenki (rocznik 1976) przypomina tę, sprzed lat, karierę Simona Rattle: obaj w (...)

Kariera Wasyla Petrenki (rocznik 1976) przypomina tę, sprzed lat, karierę Simona Rattle: obaj w podobnym wieku zdobywali światowy rozgłos. Oby jednak obecny sukces międzynarodowy młodego Rosjanina na angielskiej prowincji nie przeistoczył się w zgnuśniałą nudę i rutyniarstwo obecnego szefa orkiestry w Berlinie. Każdy występ Petrenki to wydarzenie. Jego interpretacje muzyki Mahlera budzą zachwyt (czekamy na nagrania). Jego kontynuowany cykl Symfonii Szostakowicza budzi podziw i każda płyta jest nagradzana. Aż dziw, że w Polsce jest on praktycznie nieznany. Tu jednak pragnę przypomnieć, że podobnie było z Rattlem na początku jego kariery. Nowa płyta Petrenki to X Szostakowicza: bezbłędna interpretacyjnie w każdym takcie. Ponadto, podobnie jak większość albumów artysty, jest wydana przez wytwórnię Naxos, której niedrogie płyty nie nadszarpują nawet skromnego budżetu. Ale ja nie o tym… Młody dyrygent ze swą orkiestrą z Liverpoolu nagrał już m.in. Ósmą DSCH, przy której zupełnie miękną kolana. Analitycznie oddano tu istotę dzieła, które bynajmniej nie jest o wojnie i jej okrucieństwach, lecz o koszmarze życia i zmiażdżeniu jednostki. Czuje się to zwłaszcza w spektakularnej części trzeciej. Finał zaś budzi głęboki szok estetyczny: rzadko kiedy spotyka równie sugestywne opisanie bezradności i beznadziei bez wyjścia. Teraz o nowo wydanej Dziesiątej: Ta płyta może być chlubą nawet najwspanialszej kolekcji! Streścić to można w dwóch słowach: analityczność i pasja. I gaz do dechy. Napięcie i intensywność nasilają się z każdą minutą aż do spektakularnego finału z triumfalnym DSCH. Wspaniałe. Brak słów. Jan Hryniewicz http://janhryniewicz.bloog.pl

Jan Hryniewicz

30-01-2011

Shostakovich: Symphony No. 8

Kariera Wasyla Petrenki (rocznik 1976) przypomina tę, sprzed lat, karierę Simona Rattle’a: obaj (...)

Kariera Wasyla Petrenki (rocznik 1976) przypomina tę, sprzed lat, karierę Simona Rattle’a: obaj w podobnym wieku zdobywali światowy rozgłos. Oby jednak obecny sukces międzynarodowy młodego Rosjanina na angielskiej prowincji nie przeistoczył się w zgnuśniałą nudę i rutyniarstwo obecnego szefa orkiestry w Berlinie. Każdy występ Petrenki to wydarzenie. Jego interpretacje muzyki Mahlera budzą zachwyt (czekamy na nagrania). Jego kontynuowany cykl Symfonii Szostakowicza budzi podziw i każda płyta jest nagradzana. Aż dziw, że w Polsce jest on praktycznie nieznany. Tu jednak pragnę przypomnieć, że podobnie było z Rattlem na początku jego kariery. Nowa płyta Petrenki to X Szostakowicza: bezbłędna interpretacyjnie w każdym takcie… Ponadto, podobnie jak większość albumów artysty, jest wydana przez wytwórnię Naxos, której niedrogie płyty nie nadszarpują nawet skromnego budżetu. Ale ja nie o tym… Młody dyrygent ze swą orkiestrą z Liverpoolu nagrał już m.in. ‘Ósmą’ DSCH, przy której zupełnie miękną kolana. Analitycznie oddano tu istotę dzieła, które bynajmniej nie jest o wojnie i jej okrucieństwach, lecz o koszmarze życia i zmiażdżeniu jednostki. Czuje się to zwłaszcza w spektakularnej części trzeciej. Finał zaś budzi głęboki szok estetyczny: rzadko kiedy spotyka równie sugestywne opisanie bezradności i beznadziei bez wyjścia. Teraz o nowo wydanej ‘Dziesiątej’: Ta płyta może być chlubą nawet najwspanialszej kolekcji! Streścić to można w dwóch słowach: analityczność i pasja. I gaz do dechy. Napięcie i intensywność nasilają się z każdą minutą aż do spektakularnego finału z triumfalnym DSCH. Wspaniałe. Brak słów.

Jan Hryniewicz

30-01-2011

MOZART: Concertos Nos. 9 "Jeune homme", 12 & 14

Po szczegóły dotyczące tej fascynującej artystki odsyłam do: http://www.ednastern.com/(...)

Po szczegóły dotyczące tej fascynującej artystki odsyłam do: http://www.ednastern.com/

Jan Hryniewicz

02-12-2010

MOZART: Concertos Nos. 9 "Jeune homme", 12 & 14

Pisząc poniższe słowa czuję się zakłopotany. Jestem wielbicielem Edny Stern, a jej album bachowski (...)

Pisząc poniższe słowa czuję się zakłopotany. Jestem wielbicielem Edny Stern, a jej album bachowski wydany w 2009 roku \'Nun Komm der Heiden Heiland\' (ZZT) nie opuszcza mojego odtwarzacza CD: w lutym \'09 można go było posłuchać w każdym porządnym sklepie w Paryżu. I wiele osób kupowało tę wspaniałą płytę, zawierającą zdumiewający, osobisty przekaz wspaniałej pianistki. Album został nagrodzony zasłużonym Diapason d\'Or. Nic więc dziwnego, że gdy zauważyłem nową płytę Edny Stern - natychmiast się na nią rzuciłem.... I tym głębsze było moje rozczarowanie. Koncerty są grane \'płasko\' i beznamiętnie. Interpretacja jest co najwyżej poprawna. Nawet taki hit, jak Koncert No. 9 brzmi banalnie i wyprany jest z dowcipu. Wierzyć się nie chce, że tak wspaniała artystka podpisała tak \'uczniowski\' album. No i jeszcze orkiestra... No jasne, nie bądźmy przesadnie wymagający, koncerty Mozarta nie muszą być zawsze grane na dawnych instrumentach. Ale to brzmienie orkietry przypomina urok winyli wytwórni Supraphon z lat 60-tych. Zresztą całość pod względem techniki nagrania pozostawia wiele do życzenia. Co zatem zrobić? Natychmiast kupić bachowski projekt Edny Stern i poszukać jej albumu z muzyką Schumanna! Może uda się również znaleźć debiutancki album pianistki: \'Chaconne" z 2005 roku (ZZT). Polecane przeze mnie albumy zwalą Was z nóg, a o tym nieszczęsnym wypadku przy pracy szybko zapomnicie. Edna to solistka. Jej specjalność to Romantyzm (Bach był też w tej konwencji - bliskiej Busoniemu). Jej światem jest intymny pokój, a nie kiepska sala koncertowa z niedobrą orkiestrą.

Jan Hryniewicz

02-12-2010

Lully: Atys

Dziękuję Panu Jankowi Hryniewiczowi za wspaniałą i obszerną recenzję o ATYS\'ie, dzieki niej kupiłem (...)

Dziękuję Panu Jankowi Hryniewiczowi za wspaniałą i obszerną recenzję o ATYS\'ie, dzieki niej kupiłem tę zacną muzykę. 4 gwiazdki za recenzję, 5 dla nagrania! 6 gwiazdek za audiofilskie i biblofilskie jubileuszowe wydanie! Mniam!

Bogdan Malicki

12-07-2010

Bach: Passio Secundum Johannem

Swoje spotkania z Pasjami Bacha rozpocząłem w dzieciństwie, słuchając z zachwytem wersji Karla Richtera (...)

Swoje spotkania z Pasjami Bacha rozpocząłem w dzieciństwie, słuchając z zachwytem wersji Karla Richtera (czy ktoś go jeszcze pamięta?). Potem przyszedł szok estetyczny wywołany przez nagrania Harnoncourta: dawne instrumenty, męskie alty... W 1982 roku - kolejne zaskoczenie: Msza h-moll z Rifkinem w pojedynczej obsadzie, na dawnych instrumentach i bez chóru. I konsekwencja tego odkrywczego (choć niezbyt miłego w słuchaniu) nagrania: Pasja Janowa z Parrotem. Czy od tego czasu w wykonawstwie Pasji Bacha zdarzyło się coś ciekawego? Nudna \"Mateuszowa\" z Gabrieli Consort: nędzna popłuczyna po Rifkinie i Parrocie. Wylizane Pasje z Herreweghiem. No i tegoroczny skandal: Pasja Mateuszowa z Kuijkenem, w której artysta najwyraźniej nie może się zdecydować, czy dyryguje \"Wesołą wdówką\" czy \"Baronem cygańskim\". I ja przeszedłem ewolucję - osaczony przez nawiedzonych muzykologów i ortodoksyjnych muzyków. Zalany dobrymi, średnimi, marnymi itepe nagraniami Bachowskimi, ziewający przeraźliwie przy dyskusjach czy zastosowanie lutni w basso continuo jest wskazane czy nie, terroryzowany przez prezenterów twierdzących, że bachowskie interpretacje Minkowskiego otwierają nowy rozdział w historii wykonawstwa... doszedłem w końcu do wniosku, że i Bacha, i barok, i być może muzykę innych okresów muzycznych należy po prostu grać interesująco, z wykluczeniem wszelkiej dogmatyki. Mój bardzo zasłużony znajomy: wspaniały zbieracz i świetny dziennikarz zarzucił mi wtedy, że takie podejście do wykonawstwa cofa naukę do ery kamienia łupanego. Zapewne. Ale z równym skutkiem zapobiega zasypianiu przy kolejnym \"Bachu\". Proszę mnie oskalpować, zakuć w dyby a potem zesłać na Sybir: Pasję Bacha można wykonać nawet na tubie i grzebieniu, byleby zafascynować słuchacza, wnieść coś nowego, być kreacyjnym, oddać ducha (jeśli forma, jak wyżej, się nie zgadza). No, może przesadziłem... ale każdy zaawansowany (i znudzony wyrobami wytwórni fonograficznych) słuchacz muzyki barokowej wie o co mi chodzi. Powyższe uwagi nie oznaczają, że rekomendowana przeze mnie Pasja Janowa została wykonana przez zespół akordeonistów wspierany przez chór taksówkarzy z Casablanki (co skądinąd sprawdza się znakomicie w nagraniach muzyki średniowiecznej dokonanych przez Marcela Peresa). W żadnym wypadku! Są tu i dawne instrumenty, i kilku kontratenorów, i pojedyńcza obsada orkiestry i solistów, wśród których szczególnie wyróżnia się Julien Pregardien (tak, tak, syn tego sławnego tenora-wykonawcy Bacha), rocznik 1984, w partii Ewangelisty. Technicznie jest tu więcej koloru niż w ostatnich znanych nam nagraniach tej Pasji: upłynęły lata i inżynieria dźwiękowa poczyniła ogromny postęp. A zespół prezentuje się muzycznie jeszcze lepiej niż w swoich dawniejszych nagraniach dla wytwórni K617, obsypanych nagrodami. Wykonawcy zamiast zazwyczaj nagrywanej wersji pierszej lub \"ostatecznej\" czyli najpóźniejszej, przyjęli wersję drugą z 1725 roku. Jedynym od niej odstępstwem jest początkowy chór, znany nam z wszystkich wykonań tej Pasji. Osobiście wolałbym aby zespół konsekwentnie odczytał wersję drugą, ale to mogłoby wzbudzić protest melomanów przyzwyczajonych do \"Herr, unser Herrscher\". Dalsze ingerencje w to, do czego przyzwyczaiły nas dotychczasowe nagrania Pasji są tylko cztery (nie usłyszycie na przykład sławnej arii \"Ach, mein Sinn\"), ale wystarczają, aby skądinąd znane dzieło usłyszeć na nowo. Czy brzmi to lepiej? I tak, i nie... W orkiestrze znajdziecie o wiele więcej koloru niż w znanych Wam wersjach, a finał dzieła, według wersji drugiej, jest z cała pewnością znakomity i przejmujący. Nagranie dla wielbicieli La Chapelle Rhenane i fanów odkrywania Bacha na nowo.

Jan Hryniewicz

05-07-2010

Lully: Atys

Dziękuję Panu Malickiemu za zacytowanie w całości mojej skromnej recenzji. Szkoda tylko, że kopiując (...)

Dziękuję Panu Malickiemu za zacytowanie w całości mojej skromnej recenzji. Szkoda tylko, że kopiując ją - podpisał nie swój materiał swoimi inicjałami. Ocena "zły" dotyczy tego zachowania, nie zaś wspaniałej opery.

Jan Hryniewicz

01-06-2010

Lully: Atys

Poniewaz poprzednia recenzja wyczerpuje wszystko co mógłbym napisac na temat tej wybornej muzyki i (...)

Poniewaz poprzednia recenzja wyczerpuje wszystko co mógłbym napisac na temat tej wybornej muzyki i wykonania więc cytuję te recenzję i popieram w całej rozciągłości! LULLY Jean-Baptiste: Atys - limitowana edycja [3CD] 119,00zł Reedycja jednego z najwybitniejszych nagrań w historii współczesnej fonografii, obsypanego nagrodami: Grand Prix du Disque Akademii Charlesa Crosa, FFFF Telerama i Diapason d\'Or. Opera została nagrana w syczniu 1987 roku, w koprodukcji z Operą Paryską, Teatro Comunale di Firenze i Operą w Montpellier, z okazji 300.lecia śmierci Lully\'ego. Chociaż przed wydaniem tej opery były już próby przybliżenia barokowej opery francuskiej współczesnym melomanom (dokonywał ich nieoceniony Jean-Claude Malgoire) - właśnie ten album wywołał modę na barokową muzykę francuską, co zaowocowało licznymi nagraniami kwitnącej wówczas wytwórni Harmonia Mundi. Jest to równocześnie chyba najlepsze nagranie Williama Christiego i jego zespołu, w co łatwo uwierzyć słuchając tego, co ten artysta nagrywa dziś. Naprawdę nie wiadomo, co bardziej tu podziwiać: czy wspaniała orkiestrę pełną gwiazd (John Holloway jako koncertmistrz, ale także Christophe Rousset, Stephen Stubbs, Hugo Reyne i Marc Minkowski), czy fenomenalny chór (z którego wielu zrobiło światową karierę, jak Veronique Gens - wokalistyczną czy Herve Niquet - dyrygencką). Pełni podziwu słuchamy solistów, jakich w tym repertuarze trudno dzis usłyszeć: Guillemette Laurens, Agnes Mellon, czy - w roli tytułowej - Guy de Mey. Całośc głeboko porusza już od samego początku, ale szczególnie we wstrząsającym finale opery. Nagranie perfekcyjne technicznie. Poleca Wam to własciciel tego wspaniałego wznowienia! B.M.

Bogdan Malicki

10-05-2010

Beethoven: Concerti nos. 1 & 2 pour le pianoforte

Kto powiedział, że Koncert fortepianowy Beethovena ma ociekać dramatyzmem i opowiadać pełną cierpień historię (...)

Kto powiedział, że Koncert fortepianowy Beethovena ma ociekać dramatyzmem i opowiadać pełną cierpień historię życia kompozytora? A może przedstawić Beethovena takim jakim był za młodu: przystojnym, pełnym optymizmu genialnym wirtuozem-kompozytorem? Tym kluczem poszli wykonawcy. Album zamyka cykl Koncertów Fortepianowych Beethovena na wytwórni Alpha, i jest zarazem najbardziej udany. Towarzyszącą pianiście orkiestrę podzielono na dwie sekcje: concertino i grand orchestra, co powoduje, że zamiast dialogu mamy tu prawdziwą rozmowę między instrumentami. Brzmi to znakomicie zwłaszcza w 1-szym Koncercie. Wykonanie jest bezbłędne, a poziom techniczny nagrania budzi głęboki podziw. Nawet, wydawałoby się, referencyjne (na instrumentach z epoki) nagranie van Immerseela (Sony) brzmi przy tym bardzo blado. Nagranie dla każdego melomana. Polecam zwłaszcza tym, którzy uważają, że z Koncertów Beethovena "nie da się już niczego wycisnąć".

Jan Hryniewicz

09-04-2010

Martin: Golgotha (2 CD)

"Na początku było światło". Tą parafrazą sławnego cytatu z Ewangelii wg Św. Jana rozpoczyna (...)

"Na początku było światło". Tą parafrazą sławnego cytatu z Ewangelii wg Św. Jana rozpoczyna swój błyskotliwy esej o "Golgocie" Roman Hinke. Chodzi o światło pionowo padające na grupę trzech krzyży na Golgocie na mistycznej rycinie Rembrandta. Zainspirowało ono Franka Martin do napisania jednego z największych, po Pasji Mateuszowej Bacha, muzycznych dzieł pasyjnych w historii. Utwór powstawał powoli w latach 1945-48, a Martin był jeszcze tak obolały i pełen szoku po minionej niedawno wojnie, że po zakończeniu dzieła wyraził życzenie, aby nie było ono prezentowane publicznie lecz przeznaczone do indywidualnej kontemplacji. I tak się w sumie stało: utwór wykonywano rzadko (czemu sprzyjały ogromne trudności wykonawcze spiętrzone przez kompozytora). W swoim dośc długim życiu dotąd słuchałem go 2 razy: raz na żywo w Warszawie pod batutą nieodżałowanego Bohdana Wodiczki, drugi raz w nienajlepszym wykonaniu na Brilliant Classics. Dzieło składa się z 10 części o równej długości, opisujących chronologicznie Mękę Pańską, a w finale Zmartwychwstanie. Użyte teksty pochodzą z różnych źródeł: liturgii Wielkiego Tygodnia, Ewangelii, Medytacji i "Wyznań" św. Augustyna, psalmów... Warstwa dźwiękowa jest ściśle podporządkowana tekstowi, co przywołuje (nie bez intencji kompozytora) Pasję Mateuszową Bacha. Odwołań do wielkich dzieł Bacha, Handla i Haydna jest tu więcej, ale są one raczej estetycznej lub literackiej natury, bez dosłowności. Utwór jest trudny, masywny i bardzo przejmujący. Daniel Reuss znany ze swojej wszechstronności i równomiernego rozłożenia sympatii między muzykę dawną a współczesną spisuje się tu znakomicie, dając przejrzystą wykładnię intencji kompozytora. Zaawansowany słuchacz da się łatwo zahipnotyzować tą mistyczną medytacją, i doceni, że tak trudne dzieło można podać w klarownej formie. Soliśći, oba chóry i Estonian National Symphony Orchestra spisują się doskonale i nic nie staje na przeszkodzie Reussowi w zaprezentowaniu swojej wersji dzieła. Swojej - to znaczy jakiej? Muzycznie - oprócz wymienionych wyżej inspiracji, słyszy się tu ducha Debussy\'ego... ale też Cesara Francka i Hectora Berlioza. Estetycznie - jest to mistycyzm z "najwyższej półki"; do tego niebywale przejmujący, przed czym ostrzegam co wrażliwsze osoby. Jestem pełen uznania dla Harmonia Mundi za tak "offowy" projekt na Wielki Tydzień, i za wspaniały poziom artystyczny i techniczny nagrania. The Independent już zdążył wydać typowo anglelską, krótka lecz nudna recenzję. Proszę tego nie czytać i zdać się na własna intuicję. Nagranie najwyższej klasy dla zaawansowanych melomanów.

Jan Hryniewicz

25-03-2010

Haydn: Die Schöpfung - Stworzenie świata, edycja limitowana z DVD (2 CD)

"Stworzenie świata" Haydna jest oratorium tak ogranym, że wiele trzeba obecnie zrobić aby zachęcić (...)

"Stworzenie świata" Haydna jest oratorium tak ogranym, że wiele trzeba obecnie zrobić aby zachęcić potencjalnego słuchacza do kupna nowego nagrania. W przypadku Rene Jacobsa wydaje się ono konsekwencją dokonanego ponad 5 lat temu nagrania "Pór roku". Ale tamto - to była inna bajka... Jacobs w swojej interpretacji zwraca uwagę na następujące rzeczy: piękno melodii (ich prostotę już "załatwił" za niego Haydn), odwołanie się do późnych oratoriów Handla i malarskośc muzyki, a także (niestety) metrum. Rzeczywiście - instrumentalne opisy błysku światła, chmur, padającego śniegu, odgłosów zwierząt - brzmią pięknie, choć (te ostatnie) bez zamierzonego przez Haydna dyskretnego komizmu. Zabawnie brzmi słynna "aria zoologiczna", a opis człowieka epatuje bardziej liryzmem niż eksponowaną w innych nagraniach "dumą" ze stworzenia kogoś tak doskonałego (czyżby doskonałego?). Dziwią nienaturalnie wolne tempa, zwłaszcza w słynnej arii sopranowej z chórem "Mit Stauen sieht das Wunderwerk". Soliści, grzecznie słuchający dyrygenta, śpiewają wyśmienicie, a zwykle przydługi duet Adama i Ewy z III części tym razem nie nudzi. Natomiast orkiestra wyraźnie się nie spisuje. Przede wszystkim gra w małym składzie, a dominujące smyczki brzmią głucho i bez Haydnowskiego vibrato. Chór RIAS jest jak zwykle na piątkę. Ale coś dziwnego dzieje się z dźwiękiem... W orkiestrze i chórze dominują głosy wysokie, a kontrabasy reprezentowane są w tak okazałym dziele jedynie przez 3 instrumenty. W rezultacje całości oratorium słuchamy praktycznie tylko z lewego głośnika, co w ciężkich czasach pozwala oszczędzić na energii...ale nie o to chodzi. Jakość dźwięku jest bardzo dobra, ale balans nienadzwyczajny, co zmusza do kręcenia rzadko używanymi gałkami wzmacniacza. Nagranie polecam zbieraczom wykonań muzyki Haydna.

Jan Hryniewicz

14-01-2010

BACH: Brandenburg Concertos (2 CD)

Choć trudno w to uwierzyć - zespól Gardinera w ciągu kilkudziesięciu lat błyskotliwej kariery (...)

Choć trudno w to uwierzyć - zespól Gardinera w ciągu kilkudziesięciu lat błyskotliwej kariery nigdy nie nagrał Koncertów Brandenburskich! Ja również nie wierzyłem, dopóki nie uzyskałem stosownej informacji z impresariatu The English Baroque Soloists. A zatem to swoisty debiut, i to poza wielkimi wytwórniami ... Skoro tak długo czekano - to może szykowano dla nas coś specjalnego? I tak, i nie. Wymieńmy najpierw plusy brzmieniowe nagrania: przejrzystość, lekkość i dużo powietrza. Ale teraz to już norma. Ciężkie barokowe granie to obecnie specjalność niewielu zespołów, takich jak np. epatująca ołowianym urokiem Venice Baroque Orchestra. Zatem lekkość i przestrzeń ... Ale czy czegoś się przy tym nie traci? Tu wspominam z rozczuleniem Koncerty w nagraniu Raymonda Lepparda: było to wiele lat temu i grało się inaczej, ale w tamtym nagraniu było to \"coś\", co można nazwać tajemnicą. Teraz barokowe granie, jak współczesna kobieta, ma dużo więcej blasku, ale nie ma w sobie zagadki. Nagranie jest wirtuozowskie. Aż się w głowie kręci od perfekcyjnych popisów solistów: nieprawdopodobna trąbka w II Koncercie, roztańczony III Koncert, przepiękne barwy instrumentów w IV Koncercie i elegancja V Koncertu. Finał I Koncertu jest dość banalny: aż się prosiło o inną, bardziej melancholijną interpretację (jak u wspomnianego Lepparda, gdzie chciało się, aby ta część nigdy się nie skończyła). VI Koncert mija bez wrażenia. Nagranie analityczne (z przewagą matematyki a nie intelektu), lekkie jak piórko i bardzo efektowne - stosowne do czasów w których żyjemy. Cykl jest obecnie rzadko nagrywany, więc chętnych do słuchania w markowym wykonaniu nie zabraknie!

Jan Hryniewicz

13-01-2010

Lully: Atys

Reedycja jednego z najwybitniejszych nagrań w historii współczesnej fonografii, obsypanego nagrodami: Grand Prix du (...)

Reedycja jednego z najwybitniejszych nagrań w historii współczesnej fonografii, obsypanego nagrodami: Grand Prix du Disque Akademii Charlesa Crosa, FFFF Telerama i Diapason d\'Or. Opera została nagrana w syczniu 1987 roku, w koprodukcji z Operą Paryską, Teatro Comunale di Firenze i Operą w Montpellier, z okazji 300.lecia śmierci Lully\'ego. Chociaż przed wydaniem tej opery były już próby przybliżenia barokowej opery francuskiej współczesnym melomanom (dokonywał ich nieoceniony Jean-Claude Malgoire) - właśnie ten album wywołał modę na barokową muzykę francuską, co zaowocowało licznymi nagraniami kwitnącej wówczas wytwórni Harmonia Mundi. Jest to równocześnie chyba najlepsze nagranie Williama Christiego i jego zespołu, w co łatwo uwierzyć słuchając tego, co ten artysta nagrywa dziś. Naprawdę nie wiadomo, co bardziej tu podziwiać: czy wspaniała orkiestrę pełną gwiazd (John Holloway jako koncertmistrz, ale także Christophe Rousset, Stephen Stubbs, Hugo Reyne i Marc Minkowski), czy fenomenalny chór (z którego wielu zrobiło światową karierę, jak Veronique Gens - wokalistyczną czy Herve Niquet - dyrygencką). Pełni podziwu słuchamy solistów, jakich w tym repertuarze trudno dzis usłyszeć: Guillemette Laurens, Agnes Mellon, czy - w roli tytułowej - Guy de Mey. Całośc głeboko porusza już od samego początku, ale szczególnie we wstrząsającym finale opery. Nagranie perfekcyjne technicznie. Zresztą posłuchajcie sami. Poleca Wam to własciciel oryginalnego nagrania z 1987 roku. Obowiązkowy zakup każdego melomana!

Jan Hryniewicz

29-09-2009

Terradellas: Artaserse (3 CD)

"Artaserse" Terradellasa byl jednym z najwiekszych przebojow karnawalu weneckiego w 1744 roku. Premiera odbyla (...)

"Artaserse" Terradellasa byl jednym z najwiekszych przebojow karnawalu weneckiego w 1744 roku. Premiera odbyla sie w renomowanym teatrze Sw. Jana Chryzostoma (juz nie istnieje) - tam, gdzie w 1730 roku odbyla sie premiera "Artasersesa" Hassego. Terradellas jest przykladem "odwrotnego kierunku migracji" kompozytorów europejskich. Inni, jak Domenico Scarlatti a pozniej Boccherini, znalezli sie w dobrze placacej Hiszpanii z przyczyn glownie materialnych. On zas szybko opuscil Barcelone, aby przez Wlochy, Paryz, Londyn dotrzec pod koniec swoich dni do Rzymu, gdzie przedwczesnie dokonal zywota zanim ukonczyl 40 lat. Mial zycie uslane rozami i wszyscy go uwielbiali (a potem szybko o nim zapomnieli). Opera Terradellasa silnie wpisuje sie w nurt owczesnej opery neapolitanskiej, kreowanej przez Nicola Porpore i J.A. Hassego. Posluguje sie nowym, rokokowo-przedklasycznym jezykiem diametralnie innym niz owczesny jezyk operowy Handla - uziemionego bez sensu w Londynie, i skostnialego tam w swojej konwencji. Ale takze nie wyroznia sie na tymze tle niczym oryginalnym: osluchany meloman z zawiazanymi oczami, ktoremu "pusci sie" to nagranie, z cala pewnoscia zakrzyknie: "To Hasse!". No i nie bedzie to wielkim bledem, bo podobienstwo do Hassego (do ktorego jako nadwornego kompozytora Sasow - krolow Polski powinnismy sie przyznawac!) - jest uderzajace. Nagranie jest swietne! A nagrania oper z tego okresu to rzadkosc na rynku plytowym. Zespol (RCOC) od czasow nagrania opery Martina y Solera ("Ifigenia") poczynil znaczne postepy. Gra orkiestry nie budzi juz zadnych zastrzezen, poza moze zbyt mala lekkoscia. Spiewacy sa wyborni, i realizuja brawurowe partie w sposob budzacy uznanie. Zreszta, w przeciwienstwie do dawniejszych nagran RCOC, jest tu pare znanych nazwisk solistow: Anna Maria Panzarella wylansowana przez Williama Christiego i robiaca swiatowa kariere Sunhae Im. Nagranie wzorowe pod wzgledem technicznym. Album przeznaczony dla bardzo wyrobionego melomana, wielbiciela kultury muzycznej XVIII wieku.

Jan Hryniewicz

14-09-2009