Nowa funkcjonalność! Teraz jednym kliknięciem można wybrać wszystkie produkty promocyjne naraz!
The store will not work correctly when cookies are disabled.
Używamy cookies aby ułatwić korzystanie ze sklepu.Zgodnie z dyrektywą dotyczącą prywatności w sieci, musimy zapytać o Twoją zgodę na zapisywanie plików cookies. Dowiedz się więcej.
Opinie są moderowane przed publikacją. Nie weryfikujemy, czy ich autorzy kupili lub używali produktu.
Recenzje naszych klientów
Kodály, moje odkrycie (..) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018 . Nawet Państwo nie (...)
5 / 5
Andrzej Keler
12.03.2018
Kodály, moje odkrycie (..) pisze Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018 . Nawet Państwo nie zdajecie sobie sprawy, jak wielka radość sprawiłem sobie słuchając płyty z kompozycjami kolejnego giganta węgierskiej kompozycji, Zoltana Kodálya. A sprawa jest prosta. Dotąd nie miałem pojęcia o jego spuściźnie symfonicznej. Można więc śmiało mówić o pewnej inicjacji. O czymś na miarę małego, prywatnego odkrycia nowego lądu, czy źródła Amazonki. Jak widać, nawet po przesłuchaniu tysięcy płyt, zagraniu niezliczonej liczby koncertów symfonicznych, coś może zdarzyć się pierwszy raz. I to w muzyce, sztuce jest piękne. Tym bardziej, że muzyka symfoniczna Kodálya jest genialna. W odwołaniu do węgierskiego folkloru jest on jeszcze bardziej dosłowny niż Bartòk. Nic dziwnego. Muzyka ta jest przesycona tanecznością. Album otwierają „Tańce z Galanty” pełne tak licznych motywów, że śmiało można by nimi obdzielić kilka symfonii. Romantyzm tej muzyki, zwyczajnie chwyta za serce a piękna instrumentacja nie stroniąca od bogactwa instrumentów perkusyjnych budzi nasz szacunek dla wielkiej wiedzy orkiestracyjnej Węgra. Po tańcach dostajemy blisko dwudziestominutowy Koncert na orkiestrę z 1940 roku. Tak, tak, znowu koncert dedykowany symfonicznej orkiestrze, w swym założeniu bliski idei Bartòka. Jednak u Kodálya zdecydowanie bardziej skondensowany, w pewien sposób płynniejszy, choć oczywiście wyraźnie podzielony na kolejne części, to jednak formalnie jednoczęściowy. Kompozytor prowadzi nas płynnie od tematu do tematu, zabierając w dźwiękową podróż gdzieś ku rozlewiskom Dunaju, bezmiarowi puszty z jej wijącą się Cisą. To neoromantyczne muzykowanie, jednak odwołujące się wprost do harmonii traktowanej na miarę połowy XX wieku. Krążek dopełniają „Wariacje na temat węgierskiej pieśni ludowej Felszallott a páva” (pava to po polsku paw, prawda, że podobnie?) oraz „Marosszèki táncok” czyli muzyka odwołująca wprost do czardasza. O tym, że to niejednokrotnie feria rytmu dodaję z dziennikarskiego obowiązku. Ciekawostką albumu jest to, że został nagrany przez Buffalo Philharmonic Orchestrę, amerykański zespół, który przebojem wywalczył sobie w ostatnich latach miejsce w elicie tamtejszych orkiestr. Dyryguje JoAnn Faletta, 63-letnia artystka mająca na koncie nominacje do Grammy. To, że zabawa rytmem i taneczną frazą, są jej środowiskiem naturalnym, najlepiej świadczy fakt, że ma na koncie rewelacyjne nagranie kompozycji mistrza jazzu, Duke’a Ellingtona. I tę taneczną lekkość węgierskich fraz, Amerykanka potrafiła tutaj ukazać. Brawo!
Piotr Iwicki/Gazeta Polska Codziennie 3/03/2018